czwartek, 25 czerwca 2015

Koniec gimnazjum. Przemyślenia po północy.

Nie mogę wytrzymać. Nie mogłam. Kurde, zmieniam czas i wszystko jest zmienione. Pierwsze zdanie - takie bolesne. Drugie, już poprawione zdanie, jest pełne... spokoju? Trochę jakbym pozbyła się bezradności. Nie chodzi o naddatek energii. Ja jestem zwyczajnie wolna. Wolna. Tak właśnie się czuję. Między "cierpię", a "cierpiałam" jest wielka różnica, wielka przepaść, jedno wydarzenie. To może być nawet jedna minuta. Minuta, która zmieniła wszystko. Gdy kończy się coś złego, to jest dobrze prawda? Nawet jeśli wracamy do pierwotnego stanu. Nawet jeśli jest tylko przeciętnie, to i tak mówimy, że jest cudownie. I tak też się czujemy. Nie wiem, czy mogę tak mówić, ale przez to, co czułam w ostatnim czasie, co przeżyłam, nie stałam się silniejsza. Wręcz przeciwnie. Mimo to czuję się lepiej, poprzez porównanie. Ja... Nie mogę... Nawet sama sobie nie wierzę. Huk. Nic dobrego. Nie mogę znaleźć NIC dobrego, co wyniosłam z tej głupiej szkoły. Staram się. Tylko jedna rzecz przychodzi mi na myśl. Nie chcę jej zaliczać. To nie dzięki szkole. To przez uczennicę, na której nie mogłam polegać i dobrze to wiedziałam. Huk. Zaczęłam pisać wiersze, bo wiedziałam, że nie mogę komuś ufać. To brzmi tak głupio, że aż mi niedobrze. Czy męczyłam się przez trzy lata tylko po to, by zacząć pisać? A jeśli przestanę? Jeśli nic z tego nie wyjdzie? Czy te wszystkie stany depresyjne, ten tres, ogłuszający ból... Czy to wszystko pójdzie na marne?
Mogłam wybrać coś innego. Mogłam wcześniej zacząć się przyzwyczajać. Tylko że wtedy, albo stałabym się ogłupionym niemyślącym robocikiem, albo popełniłabym samobójstwo.
Mogłam w ogóle nie iść do tej szkoły. Tylko wtedy... nie miałabym szans na dobre liceum, nie miałabym szans na jakiekolwiek relacje z ludźmi. Stałabym się tak cholernie aspołeczna... znowu widzę siebie skaczącą z mostu. Rośnie mi gula w gardle. Może trafiłabym do wariatkowa? Może zaczęłabym się ciąć? Nie wiem. Nie mam nawet pojęcia, jak wytrzymałam gimnazjum. Powinnam teraz leżeć parę dobrych metrów pod ziemią i nie żyć. A tak nie jest. Dlaczego? Dlaczego nie da się wyrzucić pustki? Dlaczego nie można wyładować smutku tak, jak wyładowuje się agresję? Dlaczego było coraz gorzej i gorzej? Było. Było. Czas przeszły.
Dlaczego czułam nienawiść? Ja? Ja nie mogę nienawidzić! Jestem dobra! Chcę kochać ludzi. Chcę by wszyscy byli szczęśliwi. Nie chcę by ktokolwiek płakał. Dlaczego płaczę? Nie, nie płaczę. Tylko chcę płakać.
Chciałabym przeprosić, ale...
Przepraszam. Kurde, przepraszam. Nie miałam odwagi, by płakać, by krzyczeć, by mówić, by kogoś poznać, by podnieść głowę, by powiedzieć krótkie "dzień dobry". Bałam się. Rozumiesz? Cały czas się boję. Chcę to cofnąć. Wszystko. Chcę przeżyć piekło jeszcze raz. Lepiej.
Płaczę. Teraz już na prawdę.
Wdech.
Popatrz na sufit.
Wdech.
Nadal płaczę.
Nie chcę tam wracać. Nie chcę! Nigdy więcej! Ale gdybym mogła... naprawić... wszystko?
Muszę. Zrobię to jeszcze raz. Otrę łzy. Uspokoję oddech. Wejdę do pustej sali. Ale tym razem... Tym razem powiem "cześć".
*Restart*






Klik.



Co ja zrobiłam?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz